3 Dookoła Tatr.

Od łąckiej śliwowicy po papieskie kremówki


Są takie trasy, które podobno należy przejechać rowerem. Z pewnością można do nich zaliczyć pętlę wokół Tatr, wiodącą przez Słowację, skąd nasze góry można zobaczyć z drugiej strony. To był wyjazd grupowy, w grupie dwuosobowej. Wybrałem się tam z kolegą w pierwszej połowie sierpnia. Nazwałem ją sobie na własny użytek „Od łąckiej śliwowicy po papieskie kremówki”. Przejechaliśmy w ciągu tygodnia prawie 500 kilometrów przez Pieniny, Tatry i Beskidy, zaczynając w Starym Sączu i kończąc w Wadowicach.

-   -   -   -   -   -   -

Ruszyliśmy wzdłuż wijącego się Dunajca w kierunku jego źródeł. Na początku zwabiła nas śliwowica łącka, produkowana w gminie Łącko, leżącej na granicy Beskidu Sądeckiego i Wyspowego. Jest to rodzaj trunku produkowanego i rozprowadzanego poza normalnym rynkiem. Mocny alkohol (do 70%) wytwarzany jest w sposób tradycyjny ze śliwek. Na butelkach spotyka się hasło: „Daje krzepę, krasi lica nasza łącka Śliwowica”. W Łącku odwiedziliśmy sklep firmowy przy niewielkiej gorzelni z aparaturą na 150 litrów. Maurer, biznesmen z Łącka, znany wcześniej jako producent soków - robi legalnie alkohol ze śliwek, ale nie nazywa go "łącką śliwowicą", bo ta nazwa jest zastrzeżonym znakiem towarowym. 

            Kliknij dwukrotnie na pokaz slajdów lub link    

Dookoła Tatr. "Od łąckiej śliwowicy po papieskie kremówki".

Jadąc dalej wzdłuż Dunajca, dojechaliśmy do Krościenka, w którym zatrzymaliśmy się na dwa noclegi na polu namiotowym. Rozbiliśmy namioty tuż nad szumiącą, rwącą rzeką i zastanawialiśmy się, czy przez noc nie podniesie się jej poziom. Zwiedziliśmy Szczawnicę, pobliski Wąwóz Homole, a kolejnego dnia wybraliśmy się do Pienińskiego Parku Narodowego na Sokolicę i Trzy Korony. Z góry wzrok przykuwa Dunajec płynący hen w dole, przełomem między wapiennymi zboczami, a na szczycie Sokolicy - reliktowa sosna licząca ponad 500 lat, która znalazła się w finałowej 16 edycji konkursu "Drzewo Roku 2015". Rozległe widoki zawsze sprawiają duże wrażenie.

Trochę czekaliśmy w kolejce na Okrąglicę (982 m npm), najwyższą z turni Trzech Koron. Na niej znajduje się platforma widokowa z barierkami. Okoliczne szczyty zbudowane są z odpornych na wietrzenie wapieni rogowcowych, dlatego są takie strzeliste. Byłem tu już nie pierwszy raz. Tym razem kolejki turystów były długie. Rowery i namioty zostawiliśmy na polu namiotowym pod opieką miłych właścicieli jednej z wielu przyczep kempingowych. Pogoda dopisywała cały czas. Popsuła się dopiero kolejnego dnia, gdy wzdłuż Przełomu Dunajca jechaliśmy trasą rowerową po słowackiej stronie do Czerwonego Klasztoru. Obok płynęły tratwy z turystami. Mimo niepogody prawie wszystkie miejsca miały zajęte. Później lało tak intensywnie, że musieliśmy schronić się w jakiejś słowackiej jadłodajni.

Kolejny nocleg wypadł nam znowu na kempingu nad Dunajcem przy jeziorze Sromowieckim (poniżej Zalewu Czorsztyńskiego). Mieliśmy możliwość zamknąć na noc rowery w suszarni razem z mokrymi rzeczami. Gwoździem programu był tu Zamek w Niedzicy. Dalej były Grające Organy, tzw. pomnik Utrwalaczy Władzy Ludowej (UBelisk), rzeźba autorstwa Władysława Hasiora wzniesiona w 1966 roku na Przełęczy Snozka (na wysokości 653 m npm).

Tu w pobliżu, z bacami przy bacówce delektowałem się żętycą (żentycą) podczas wyrobu sera. W tle dymiła wędzarnia wypełniona serkami, które można kupić nawet na promenadzie w Ustce. Po objechaniu zalewu pożegnaliśmy się z Dunajcem, wjechaliśmy w dolinę Białki i skierowaliśmy się do Zakopanego, gdzie kolejny nocleg spędziliśmy na prywatnym polu namiotowym w Poroninie. Po drodze jechaliśmy kilka kilometrów z uczestnikami rowerowej pielgrzymki zmierzającej z Giewontu na Hel, pędzących na rowerach wyścigowych. Mieliśmy propozycje dołączenia do pielgrzymki. Spotkaliśmy ich w Dębnie na mszy w zabytkowym drewnianym, gotyckim kościółku św. Michała Archanioła. Jest on wpisany wraz z innymi drewnianymi kościołami południowej Małopolski, na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Słynie z unikatowej polichromii pochodzącej z około 1500 roku, najstarszej w całości zachowanej w Europie, wykonanej na drewnie. Niewątpliwie jest to najlepiej zachowana tego rodzaju polichromia w Polsce. Dachy kościoła, zadaszenia i ściany wieży oraz jej hełm pokryte są gontem. We wnętrzu znajdują się cenne zabytki rzeźby i malarstwa gotyckiego. Również tu byłem przed laty.

Dalej jechaliśmy oznakowanym szlakiem Tour de Pologne. Ponownie dopisywała nam pogoda. Szkoda tylko, że zmrok zapadał już tak wcześnie. Zaglądnęliśmy do Białki Tatrzańskiej, potem nie wyszedł nam skrót z Gliczarowa Górnego do Poronina i wróciliśmy do Białego Dunajca. Zakopane - wiadomo - cmentarz na Pęksowym Brzyzku, Krupówki z jakimś dziwnym współczesnym misiem, Muzeum Hasiora, skocznia narciarska i dalej po drodze kaplica na Jaszczurówce projektu Stanisława Witkiewicza. Zwiedzamy galerię obrazów w podziemiu kaplicy. Zaczyna się kolejny długi podjazd w upale. Zmierzamy na Słowację przejściem na Łysej Polanie z zamiarem okrążenia Tatr. W zasadzie ciągle pod górę jedziemy już od Szczawnicy. Wspaniałe widoki i mnóstwo zakrętów. Mamy doskonałą widoczność, co jest szczególnie cenne w górach. Ciekawa trasa.

Łysa Polana, zaniedbane otoczenie za przejściem granicznym. Potem już ładnie. Stąd czekał nas długi nudny podjazd. Nocowaliśmy na kempingu przed miejscowością Wysokie Tatry. Był stosunkowo drogi, niezbyt ładny ale z dobrą infrastrukturą i rozległym widokiem na szczyty Tatr. Potem kolejny długi, łagodny podjazd do Strbskiego Plesa – najwyżej położonego punktu na całej trasie. Szczyrbskie Jezioro jest najwyżej położonym jeziorem w Słowacji, leży na wysokości 1489 m. Jest to też połowa naszej trasy. Panuje tu atmosfera Krupówek – tłok, muzyka stragany i paciorki. Stąd następuje zjazd do Liptowskiego Mikulasza.

Cały czas poruszamy się w scenerii jakiegoś katastroficznego filmu. Wszędzie jak okiem sięgnąć, sterczą kikuty połamanych drzew lub pojedyncze świerki i sosny. Przed laty przeszły tędy dwa huragany. Pierwszy w 2004 roku. Byłem tutaj tuż przed nim. Na przedpolu słowackich Tatr Wysokich w stacji meteorologicznej w Starej Leśnej, wiatr w porywach przekraczał 162 km/godz. Waliły się drzewa, zrywało dachy budynków. Na szczycie Łomnicy (2632 m) odnotowano 165,6 km/godz (średnio 90-115 km/godz); z szybkością 173 km/godz wiało na szczycie Chopoka (2024 m) w Niżnich Tatrach, zaś u ich podnóży, w dolinie Hronu w Telgarcie zanotowano 140,4 km/godz. Największe zniszczenia zanotowano w pasie o szerokości 2,5 - 5 km i długości około 40 km. U stóp Tatr Wysokich wśród lasów położone są miejscowości turystyczno - wypoczynkowe. Zniszczona została również zabudowa willowa, sanatoryjna i hotelowa. W krajobrazie zaszła wielka zmiana – otworzył się widok na miejscowości leżące przy Drodze Wolności, które można teraz ujrzeć z okolic miasta Poprad. Podczas jednej nocy powalonych zostało 8 mln drzew, tyle ile normalnie wycina się na całej Słowacji przez rok (wg miesięcznika „Dzikie życie”).

W 2014 roku, 10 lat po poprzednim huraganie, wiatr znów zniszczył wielkie połacie lasów powalając minimum 130 tysięcy drzew. Tym razem (inaczej niż w 2004 roku) Park Narodowy nie wywoził zwalonych drzew ze stoków i nie sprzedawał ich na wolnym rynku. Obecnie katastrofa miała miejsce w strefie ścisłej ochrony przyrody i człowiek w nią nie ingerował. Dwa razy byłem tu po katastrofach i skala zniszczeń zawsze mnie poruszała, stąd ten dłuższy opis. Pamiętam, gdy wcześniej po obu stronach lokalnych dróg rosły piękne, wysokie lasy i nic wokół nie było widać. Teraz są tu rozległe panoramy.

U podnóża Tatr Wysokich kursują kolejki na dwóch liniach. Kiedyś nimi jeździłem. Pierwsza kursuje na trasie Poprad – Stary Smokowiec – Szczyrbskie Jezioro, długość trasy wynosi nieco ponad 29 km, druga natomiast na trasie Stary Smokowiec – Tatrzańska Łomnica (długość trasy 6km). „Elektriczka” łączy wszystkie osady i osiedla, dzięki czemu stanowi doskonałą alternatywę dla podróżowania samochodem, piechotą czy autobusem, jak podaje przewodnik. Nie wymienia roweru. Jak widać roweru nic nie zastąpi. Z tego odcinka została mi właśnie w pamięci po obecnym wyjeździe, również kolejka na tle katastroficznego wiatrołomu, pomykająca wśród wzgórz i kikutów sosen niczym kolorowa gąsienica.

Gdzieś tam dalej na trasie wypadł nam nocleg pod gwiazdami w pięknych okolicznościach przyrody. Pobyt na Słowacji zakończyliśmy w restauracji miejscowym przysmakiem, był to smażony ser z frytkami i piwkiem (bezalkoholowym oczywiście). Potem zaczęło kropić. Deszczyk przerodził się w ulewę, zrobiło się chłodno. Ostatnie 50 kilometrów do granicy jechaliśmy w ulewie. Dopadła nas wichura na serpentynach pod szczytem Ostry Vrch. Szczególnie odczuwalna była na przełęczy o wysokości nieco ponad 1 000 m npm. Ostatnie 20 kilometrów przebiegało bardzo ruchliwą szosą E77 biegnącą w stronę Krakowa, wśród tirów rozpylających dodatkowo strugi wody. Z czasem było nam już to obojętne. Rzęsista całodniowa ulewa na Słowacji nie była fotogeniczna. Taka sytuacja wymusiła nocleg pod dachem na kwaterze w Chyżnem, tuż po przekroczeniu granicy. Troskliwa właścicielka zapewniła suchą altankę na rowery, a nam dobry pokój, w którym spokojnie mogliśmy sobie ociekać wodą. Po przebraniu się poszliśmy do restauracji na obiadokolację. Do rana wszystko wyschło prawie do sucha, a gospodyni dziwiła się, że nie narobiliśmy jej strat. Ja z kolei dziwiłem się, że w ogóle przyjęła nas pod dach. Radosny przejazd przez Słowację przez kilka dni, był całkiem odmienny od wjazdu do kraju. Prawie cały dzień w ulewnym deszczu. Rekompensował to wcześniejszy słoneczny pobyt i widoki Tatr od południa.

Nazajutrz wtoczyliśmy się w mżawce na przełęcz Krowiarki w Babiogórskim Parku Narodowym. Tu znów mieliśmy przechlapane. Siąpiło dalej, Babia góra była w chmurach. Tak bardzo chciałem na nią wejść przez Perć Akademików, ale w tych warunkach nie miało to sensu. Szkoda. Góra wygrała. W temperaturze 8 stopni zjechaliśmy wychłodzeni do Zawoji. Za naszymi plecami pomału szczyt przebijał się przez chmury, a na dole pogoda się poprawiała. W Zawoji w karczmie Tabakowy Chodnik nad hałaśliwym, malowniczym potokiem Jaworzyna, atmosfera była gorąca jak góralska muzyka! Dalej był Maków Podhalański i trasa wzdłuż przyszłego zbiornika na Skawie, zwanego obecnie Świnna Poręba. Nie podjęto dotychczas decyzji o nazwie zbiornika.

Zalew jest jedną z najdłużej prowadzonych inwestycji hydrotechnicznych. Już w latach pięćdziesiątych XX wieku powstał pierwszy projekt zagospodarowania terenu. Jego budowę rozpoczęto w 1986 roku. W latach 1988–1992 rozebrano linię kolejową Wadowice – Skawce, która przebiegała przez większość terenów planowanych pod zalanie. Z powodu kłopotów finansowych, związanych z przemianami gospodarczymi

po 1989 roku, prace się opóźniały. Harmonogram przyjęty przez sejm w 2005 również nie był realizowany. W związku z kryzysem finansowym budowę zbiornika wstrzymano w roku 2009. Obecnie zalanie zbiornika planowane jest na rok 2017. We wrześniu 2016 roku - a więc miesiąc po naszym przejeździe - ostatnia rodzina mieszkająca na dnie przyszłego zbiornika podpisała porozumienie dotyczące opuszczenia swego domu. 25 października zamknięto drogę łączącą Mucharz z Zagórzem, jeden z ostatnich elementów pozostałych na dnie przyszłego zbiornika. Rozpoczęto fizyczną likwidację trasy, łącznie z dawnym mostem kolejowym nad Skawą. Sztuczne jezioro będzie spełniać funkcje przeciwpowodziowe i retencyjne dla Wadowic, Krakowa i in., a zarazem rezerwuaru wody do celów komunalnych i przemysłowych w województwie śląskim (wg Wikipedii). Jadąc tym odcinkiem, staliśmy się więc świadkami wielkich zmian ekosystemu. Może warto jeszcze tam wrócić by zrobić sobie „podwodne” zdjęcie? Wyjazd zakończyliśmy oczywiście papieskimi kremówkami w Wadowicach i zwiedzaniem bazyliki z relikwiami JP II.

Na zakończenie muszę wyrazić pozytywne zdanie o maszyniście (motorniczym?) pociągu, którym z trudem wydostaliśmy się z Wadowic. Duży dworzec kolejowy jest tam zamknięty na stałe, w związku z tym brak nawet toalet (najbliższe w PKS-ie), o połączenia nie ma kogo zapytać. Bilety można nabyć jedynie w pociągu, o ile nas zabierze z rowerami. Tylko nie wiadomo który? Zwykle na kolej się narzeka, szczególnie wioząc rower. Nam trafił się jednak personel pozytywnie nastawiony. Nie dość, że na trasie dowiedzieliśmy się o połączeniach, to w drodze maszynista próbował skomunikować się przez radio z pociągiem, na którym nam zależało. Wywoływał go kilkakrotnie, słyszalność była niezadowalająca z uwagi na górki, aż w końcu mu się udało. Dopytywał się o możliwość zabrania dwóch rowerzystów do pociągu, na który wymagana była wcześniejsza rezerwacja. Niestety nie mogliśmy się przesiąść z powodu braku miejsc na rowery, mimo że pociągi spotkały się w końcu na jednym peronie. Rozmawiałem z tamtym kierownikiem, ale zbył mnie obcesowo.

Podsumowując tygodniową trasę, dostrzegam, że z tymi miejscami utożsamia się wielu znajomych, którzy tam byli lub będą. Region jest urokliwy, więc licznie odwiedzany. Warto tam wracać. Pobyt w każdym z odwiedzonych miejsc jest atrakcyjny. Dziwię się więc ludziom, którzy nie lubią gór... bo im widok przesłaniają.

 
Comments