08. Wzdłuż polskiej granicy z 1939 roku


    Z okazji Święta Niepodległości zainicjowałem dwa wyjazdy wzdłuż odcinka granicy polskiej z 1939 roku. Pierwszym razem pojechaliśmy w niewielkiej, czteroosobowej grupie. Drugiego dnia pojechałem tylko z kolegą na dłuższą trasę, bo ponad 140 km, a był to przecież listopad i zmierzch zapadał szybko. Ze Słupska ruszaliśmy kolejką SKM w kierunku Wejherowa. Łącznie przejechaliśmy prawie 250 km, z tego w większości po ciemku w drodze powrotnej.


    Była to ciekawa wyprawa w niezbyt odległą historię, gdy cofnęliśmy się w czasie o jedno pokolenie. Dokładnie 75 lat. Na południe od linii kolejowej i drogi Słupsk – Gdańsk, jechaliśmy doliną rzeki Łeby. Wije się ona i tworzy starorzecza pomiędzy stromymi brzegami polodowcowej wysoczyzny. Jeden odcinek leśnej drogi oznakowany był nawet znakami zakazu ruchu, ponieważ biegł stromym brzegiem rzeki. Ale nic to. Wjechaliśmy tam z zaciekawieniem. Jazda była przednia.

                   Kliknij na pokaz slajdów

Wzdłuż granicy z 1939 roku.

Cała trasa była malownicza, ale z konieczności trzeba było jechać leśnymi i polnymi dróżkami, ponieważ to właśnie tędy 75 lat temu biegła granica. Powstała przecież z wykorzystaniem naturalnego ukształtowania terenu. Spotyka się tu ślady historii: domki polskich celników na południe od Strzebielina o charakterystycznym kształcie, dalej przysiółek Młyn Polski. Leży on przy granicznej rzece Łebie, ale na polskim brzegu, stąd zapewne wywodzi się jego nazwa. Jest tu zamieszkały murowany dom i resztki zabudowy przypominającej pozostałości młyna. Natknęliśmy się też w innym miejscu, na dawny młyn z kołem wodnym. Obecnie nie ma już tego koła. Ciekawe miejsca wyszukiwałem na zdjęciach Google Earth. Są tam zdjęcia tego młyna z 1976 i 1984 roku.

Meandrowaliśmy wraz z górzystymi zakolami Łeby. Nieopodal rzeki znajduje się opuszczony dworek w Paraszynie. Wyróżnia się wyjątkowo malowniczym położeniem na niewielkim wyniesieniu nad rzeką. Zbudowany został w drugiej połowie XVIII wieku. Wieś, nazywana po kaszubsku Paraszënò, a po niemiecku Paretz, notowana jest od XVI wieku i często zmieniała właścicieli. Byli nimi i Niemcy, i Polacy. Nie do końca jest jasne, kto wybudował dwór. Przypisuje się to albo rodzinie von Baumgart, albo Ludwikowi Parskiemu z Pucka. Szlachecką siedzibę otaczała duża posiadłość ziemska z folwarkiem i tartakiem, napędzanym siłą rzeki. Front parterowego dworu zdobią herby rodowe Zalewskich i von Besser, którzy gospodarowali tu aż do roku 1945. Wtedy majątek w znacznej części upaństwowiono, powstał PGR, choć dwór miał prywatnych właścicieli aż do 1978 roku. Potem wcielono go do rolnego kombinatu, co skutkowało dewastacją pałacu i rozebraniem zabudowań folwarcznych. Później dwór znajdował się w rękach prywatnych i do niedawna mieściły się w nim pensjonat i restauracja. Obecnie jest zamknięty na głucho i wygląda na porzucony. Do dziś przy trasie Lębork – Wejherowo stoją drogowskazy do tego nieistniejącego pensjonatu. W sieci jest dużo informacji o Paraszynie. Powyższe pochodzą głównie z Otwartego Przewodnika Krajoznawczego.

Niedaleko stąd znajduje się malutka elektrownia wodna w Paraszynie z nieproporcjonalnie dużą i pretensjonalną bramą wjazdową.
    Dalej na południu natknęliśmy się na poligon wojskowy, który musieliśmy objechać wielkim łukiem. Na nic zdał się opracowany wcześniej, skrót polnymi drogami. Stąd pojechaliśmy już do domu.


    Kolejnego dnia wybrałem się z kolegą na północ od linii Lębork – Wejherowo. Dzień był mglisty. Ruszyliśmy doliną rzek Redy i Piaśnicy. Krajobraz był tu zgoła odmienny. Trasa na początku wiodła głównie płaską pradoliną Reda – Łeba. Polne drogi i dróżki są tu niezłe. Można się wybrać nawet z małymi dziećmi, tylko nie w listopadzie. Starając się jechać jak najbliżej dawnej granicy, biegnącej często terenami podmokłymi, musieliśmy nadkładać drogi. Stąd nasza trasa miała przebieg jeszcze bardziej kręty niż granica. Wzdłuż niej można byłoby jechać tylko konno.Na początku jechaliśmy bardzo dobrą szutrówką, po której biegnie szlak rowerowy Lębork – Jezioro Orle. Muszę go kiedyś przejechać w całości. Niekiedy zjeżdżaliśmy na drogi asfaltowe.

Opuszczając dolinę Redy, przenieśliśmy się do podmokłej doliny Piaśnicy.

Mijaliśmy linie energetyczne z elektrowni żarnowieckiej, nieczynną i zarośniętą linię kolejową, aż dojechaliśmy do ujścia Piaśnicy do Jeziora Żarnowieckiego, gdzie znajduje się kilka mostków nieznanego przeznaczenia. Następnie zgodnie z przebiegiem granicy, pojechaliśmy dalej na północ jego zachodnim brzegiem. Minęliśmy elektrownię wodną Żarnowiec z jej czterema rurami spustowymi z górnego zbiornika, zaglądnęliśmy na opustoszałe mola nad jeziorem, na których królowały niepodzielnie kormorany. Zwiedziliśmy skansen w Nadolu, którego podstawą jest oryginalna zagroda gburska z XIX wieku wraz zabudowaniami gospodarczymi: stodołą, oborą, wozownią, gołębnikiem, pasieką, kieratem, wędzarnią i piecem chlebowym. O dziwo, był otwarty. Po przecięciu drogi asfaltowej łączącej Wicko z Krokową, dojechaliśmy wzdłuż dawnej granicy, biegnącej ponownie rzeką Piaśnicą – do morza w pobliżu Dębek.

Na tym odcinku trasy, przy drogach, natknęliśmy się w kilku miejscach na duże kolorowe tablice z tekstami i zdjęciami, informujące o istnieniu tu granicy państwowej polsko – niemieckiej w 1939 roku.

    Nad morzem powoli zaczynało zmierzchać. Po osiągnięciu celu, był już najwyższy czas na powrót. Już w lesie, w drodze do Białogóry musieliśmy włączyć światła. Wieczór był pochmurny, więc i noc była przeraźliwie ciemna. Skończyło się podziwianie widoków. Wkrótce nie widać było nawet zarysów wierzchołków drzew. W takiej ciemności pokonaliśmy ostatni 100 kilometrowy odcinek powrotnej drogi do domu. Dojechaliśmy około godziny 22.00.




Comments