7. Greenway Naszyjnik Północy

Odcinek Polanów - Komorze 285 km


Nad Drawą

    Wybierając się na rajd rowerowy szlakiem Greenway Naszyjnik Północy, musisz przeorientować swój sposób myślenia. Są to inne trasy, głównie leśne i polne, szutrowe lub zarośnięte trawą. Nie spotkasz tu żywego ducha. Nierzadko szlak wiedzie ścieżynką mimo tego, że w pobliżu biegnie lokalna wiejska asfaltowa droga. O co tu chodzi?

Czy można przejechać cztery województwa  i 30 gmin, przez które wiedzie ten szlak, nie wyjeżdżając z lasu? A Polskę? Pewnie też można, tylko po co? Las do lasu podobny, drzewa są identyczne, więc po pewnym czasie zastanawiasz się, czy już tu nie jesteś drugi raz, a może trzeci? Co prawda, informacja podaje, że 65 % to drogi asfaltowe, więc może to tylko subiektywne odczucie na początku wędrówki?
    Nikt tędy nie jeździ, nikt o Naszyjniku nie słyszał, nawet w Informacji Turystycznej w Szczecinku, do której zaglądnąłem po pieczątkę. Chlubnym wyjątkiem jest Informacja Turystyczna w Złocieńcu. Zastanawiam się zatem, jaki jest merytoryczny sens wytyczać rowerowy szlak turystyczny, wiodący monotonnymi lasami i wysyłać tam ludzi (szczególnie z ciężkimi sakwami) niebędących dendrologami? A szlaki Greenway znam też z innych regionów.

Przejadę go jednak w całości.
    

 

   Na początku sierpnia wyruszyłem na trasę najdłuższego oznakowanego szlaku w Polsce zwanego Greenway Naszyjnik Północy o długości 870 km. Na razie przejechałem około 1/3 szlaku. Wcześniej korespondowałem z twórcami tego szlaku, z Fundacją Lokalna Grupa Działania - Naszyjnik Północy, mającą swą siedzibę
w Debrznie. Dostałem wiele materiałów i mapek, które umożliwiły mi zapoznanie się z jego walorami. Niektóre odcinki szlaku przejeżdżałem już w latach ubiegłych, w trakcie wędrówek po kraju. Wydawał się interesujący. Przebiega przez pojezierza: Drawskie, Bytowskie
i Krajeńskie. Najważniejsze obszary chronione wzdłuż szlaku to Park Narodowy „Bory Tucholskie" i trzy parki krajobrazowe: Drawski, Zaborski i Wdzydzki.

    Najbliższy jego fragment znajduje się w okolicach Polanowa, więc niedaleko. Wyruszyłem zatem na kołach ze Słupska. Trasa znana na pamięć i płaska na początku. Za Warcinem krajobraz się ożywia, trafiają się wzniesienia i podjazdy. Kręta, niezbyt uczęszczana droga wije się wśród pól i lasów. Jednak im dalej, tym bardziej staje się dziurawa i uciążliwa.

    Na zielony szlak Greenways Naszyjnik Północy, oznakowany dodatkowo zielonym rowerem, wjeżdżam tuż za wsią Wielin. Najpierw trafiam na kościółek ulokowany na wzniesieniu nad jeziorem, ocalony dawniej od zniszczenia przez dwie rodziny, jak głosi pamiątkowa tablica. Jezioro oblężone jest przez wczasowiczów, bo upał panuje niemiłosierny już od wielu dni, sięgający mocno ponad 30 stopni. Stąd wchłania mnie sosnowy las i zaczyna się mozolna wędrówka Naszyjnikiem Północy. Jednocześnie oznakowany jest tu Szlak św. Jakuba i jakiś pieszy niebieski. Zaczyna się leśna głusza, gałązki smagają po ramionach i nogach. Droga jest szutrowa, ale równa, średnia prędkość jest też do przyjęcia. Tylko ta pustka, która towarzyszyć mi będzie prawie do końca. Gdyby wędrowcowi coś się tu stało, nikt go tu nie odnajdzie. Z czasem leśna droga przeradza się w ścieżynkę, pieszą ścieżynkę. Po dłuższej wędrówce nagle trafiam na pomnik upamiętniający Niemców poległych w I wojnie światowej, a tuż za nim na tereny sportowe i kąpielisko w Polanowie. Dotychczas nie było powodów do narzekań na jakość oznakowania, a tu nagle go brak. Przez miasto trzeba przejeżdżać na swój znany sposób, to znaczy według wskazań GPS, do którego wcześniej naniosłem przebieg tego szlaku. Znalazłem go wcześniej w sieci, był w miarę dokładny. Miasteczko ładne, kolorowe, raczej zadbane, liczy około 3 tysięcy mieszkańców. Znane jest również
z corocznych zlotów motocyklowych. Dla niewtajemniczonych podam, że stąd należy kierować się na Świętą Górę Polanowską. Za zabudowaniami pracują kombajny, za nimi chodzą bociany, na polach zbóż już coraz mniej. Żniwa, pierwsze oznaki jesieni.

Jeszcze tego nie rozszyfrowałem, ale może w miastach rowerzysta pozostawiony jest własnemu losowi i własnej inwencji?

Greenway Naszyjnik Północy

    Przy Świętej Górze szlak jest źle oznakowany, błądzi się. Wprowadza w nieprzystępny, zarośnięty chaszczami i pokrzywami dukt nie do przebycia. Jakoś udaje mi się ominąć tą wpadkę autorów Naszyjnika. Dalej jadę już zgodnie z oznakowaniem, wzdłuż dawnej linii kolejowej Polanów - Bobolice, mijam stojące nadal kamienne wiadukty. Niekiedy szlak biegnie nasypem. Totalna głusza, zła piaszczysta nawierzchnia, miejscami jest to zatrawiona ścieżka wśród łąk. Upał, cisza i tylko niekiedy sarny czmychają prawie spod kół. Spotkałem też zniszczony, zarośnięty peron. Duże wrażenie zrobił na mnie bardzo wysoki stary kamienny wiadukt kolejowy nad rzeką Radew, widoczną gdzieś tam nisko wśród gałęzi. Czuć było przyjemny chłód bijący z tej głębiny. Zdarzają się też na szczęście, odcinki asfaltowe pomiędzy pomniejszymi wioskami, gdzie ruch pojazdów jest incydentalny,
a widoki rozległe. Okolice są tu piękne, pagórkowate z licznymi jeziorami i rzeczkami. Można je podziwiać z wierzchołków kolejnych wzniesień i rozkoszować się kąpielami w śródleśnych jeziorkach.    

    O Szczecinku nie będę się rozpisywał, bo to czterdziestotysięczne miasto zna każdy. Mieszkańcom można pozazdrościć położenia nad Jeziorem Trzesiecko. Duży akwen, na którym można uprawiać sporty wodne z żeglarstwem na czele, już nawet w czasie długiej przerwy w szkole. Ostatnio znany jest z tego, że znajduje się tu jeden z najdłuższych w Europie wyciągów do nart wodnych. Jest usadowiony na 5 masztach, zapewniając w ten sposób ponad kilometr niezapomnianych wrażeń. Długa 300 metrowa prosta, slalom i skocznia, pozwalają na rozgrywanie zawodów rangi międzynarodowej.

    Dalej w kierunku zachodnim, po minięciu Barwic oraz kilku pomniejszych miejscowości zbliżam się do Połczyna Zdroju. Tuż przed nim jest „Rezerwat pięciu jezior”. Nie zaznałem jednak jego uroków, ponieważ oprócz jednego jeziora widocznego z błotnistej drogi, po której rower trzeba prowadzić pod górę, nie widać już żadnych innych. A w rezerwacie nie wypada opuszczać szlaku. Tu – dokuczające wcześniej w upale - różniste upierdliwe bąki i gzy, ustąpiły miejsca komarom.  
Na dodatek w pierwszym domostwie odmówiono mi możliwości rozbicia namiotu.

    Taki minorowy nastrój minął, gdy znalazłem nocleg nieco później u miłych gospodarzy w przysiółku Zdroje. Rozstawiłem namiot pod dębami opodal zabudowań i jakoś mimo uszu puściłem ostrzeżenia, że nocami mogą tu buchtować dziki. Na szczęście ja ich nie słyszałem. Rano gospodarz, pan Tadeusz, powitał mnie słowami „witaj sąsiedzie” i zaprosił do domu na kawę i ciasto. Gdy usłyszałem o cieście, nie dałem się długo prosić. Było kilka rodzajów i wszystkie pyszne.

Nagrodą był też długi asfaltowy zjazd do Połczyna Zdroju, miasta położonego nad 14-kilometrową rzeczką Wogrą. Żeby było bardziej zadziwiająco, szlak omija centrum pięknego niespełna dziesięciotysięcznego uzdrowiska i bardzo zadbanego parku zdrojowego  z kwietnymi arrasami. Zboczyłem więc ze szlaku by porozkoszować się tym pięknem, ale tylko dlatego,
że wcześniej wiedziałem o jego istnieniu. Park zdrojowy ma powierzchnię około 80 ha. Północna część parku z alpinarium, stawem i fontannami utrzymana jest w stylu francuskim, południowa część jest naturalistyczna. W zachodniej części parku znajdują się stawy, basen kąpielowy oraz ścieżka zdrowia. W ogrodzie dendrologicznym znajduje się około 60 gatunków drzew i krzewów Park został założony w latach 1836 - 1839 i jest wpisany do rejestru zabytków.

    Gdy już opuści się centrum w kierunku południowo - zachodnim, minie uzdrowisko Borkowo i wjedzie na pobliskie wzniesienia, 

to dopiero zaczyna się prawdziwa jazda. Z Połczyna biegnie bowiem ścieżka rowerowa do Złocieńca. Trasa o długości 30 km wiedzie dawnym nasypem kolejowym z 1903 roku, którego niegdyś pozbawiono torów, położono asfalt i udostępniono wyłącznie rowerzystom. Płaska ścieżka nierzadko biegnąca wysokim, stromym nasypem, prowadzi przez najbardziej malownicze tereny Drawskiego Parku Krajobrazowego. Często trafiają się ławeczki, będące jednocześnie szykanami, by jakiś intruz nie mógł tu wtargnąć samochodem. Są tu dwie dawne stacyjki z czerwonej cegły, zamienione obecnie na pensjonaty. Jechałem tędy w 2009 roku
w czasie rajdu rowerowego przez Pomorze Zachodnie. Myślałem,
że asfaltowa ścieżka powstała w tzw. minionym okresie, gdy jakiś ówczesny prominent na zebraniu partyjnym, rzucił światłą myśl i powiedział przy tym „wiecie, rozumiecie”. W rzeczywistości było inaczej. W 1991 roku zamknięto linię kolejową,
a w 1995 rozebrano torowisko. W 1999 roku z dawnego funduszu PHARE (stworzonego w celu udzielania materialnej pomocy państwom kandydującym do Wspólnoty Europejskiej) pozyskano środki finansowe na budowę ścieżki rowerowej. Największym beneficjentem tego funduszu była Polska, dla której kwota w budżecie PHARE w okresie 1990 - 2003 wyniosła około 3,9 mld euro.

    Jechało się świetnie, ale zaledwie 10 km, bowiem wszystko co piękne, szybko się kończy. W pewnym momencie Naszyjnik Północy skręca i nakazuje wjechać w nieprzebyte chaszcze w kierunku zachodnim. Tu też zmienia się rodzaj
i kolor asfaltu, jest to więc chyba jakaś granica administracyjna i jednocześnie kolejna wpadka autorów szlaku. Miał on zapewne biec po granicy i nie skoordynowano tego pomysłu. Potem zorientowałem się, że jest to granica powiatu świdwińskiego i drawskiego. Tędy nie da się przedrzeć! Trzeba szukać objazdu. Nadłożyłem drogi przez Chlebowo
i w Słowiankach wróciłem na Greenway. Jeśli ktoś twierdzi, że przejechał tamtym skrótem, to tylko twierdzi.

Na szlaku towarzyszył mi tu wiatr, silny wiatr i temperatura 40 stopni! Doceniałem wtedy „czynnik chłodzący wiatru”, jechało się bez problemu.Na północ od Drawska Pomorskiego dopadła mnie burza. Pierwszy atak deszczu przeczekałem drzemiąc na przystanku, gdy ruszyłem zaczęło znów lać. Drugą nawałnicę przetrwałem w jakimś opuszczonym starym domu, ale padać już prawie nie przestawało. Temperatura spadła o 20 stopni. Dalej napotykałem ślady po centrum burzy, w postaci połamanych konarów i drzew, zalegających na jezdni. W tych niezbyt pięknych okolicznościach przyrody nie pojechałem już dalej szlakiem w kierunku Kalisza Pomorskiego. Minąłem w deszczu Drawsko Pomorskie i udałem się ruchliwą drogą w kierunku Złocieńca. Padać nie przestawało, szybciej zaczął zapadać zmrok. Należało czym prędzej rozejrzeć się za noclegiem. I znowu dopisało mi szczęście, pozwolono mi rozbić namiot w sadzie w pierwszym domu, do którego zapukałem. Deszcz ustał. Spotkała mnie tu również największa niespodzianka w czasie wyprawy: pani domu przyniosła mi na tacy kolację – barszcz i przepyszne ruskie pierogi! Potem właściciel przyniósł również herbatę z cytryną. Czegóż więcej w tym momencie potrzeba do szczęścia strudzonemu wędrowcowi? Gospodarz okazał się zapalonym hodowcą gołębi. Ma ich około trzystu i każdego potrafi rozpoznać. Są wśród nich rekordziści. Opowieści trwały jeszcze długo po zapadnięciu zmroku. Gołębie często są wywożone w odległe strony, by móc potem oceniać ich szybkość powrotu do macierzystego gołębnika. Największe wrażenie wywarł na mnie fakt, że gołąb wypuszczony w Holandii odległej o 800 km o godzinie 06.45 był już w Polsce o 14.00! Był szybki prawie jak SMS.Rano miałem okazję podziwiać jedno ze stad wypuszczonych jak co dzień z gołębnika, „dla rozprostowania skrzydeł”. Potem ruszyłem ruchliwą drogą dalej do Złocieńca, w którym ponownie wróciłem na szlak Naszyjnika Północy.    
    Rozpoznanie okolic zacząłem od Informacji Turystycznej i tu się zaczęło! Jeśli nie chcesz otrzymywać mnóstwa informacji i wielu
folderów i mapek w miłej atmosferze – to omijaj ten punkt! Ja byłem zachwycony takim zaangażowaniem trzech pań swoją pracą i bezpośredniością w kontaktach. Obciążony nowymi materiałami, ruszyłem na północ w kierunku Połczyna Zdroju szlakiem zwiniętych torów, którym wiódł Naszyjnik. Właśnie tą asfaltową trasą rowerową opisywaną wcześniej. Niestety długo nią nie ujechałem, ponieważ Naszyjnik skręcił na wschód i dojechałem nim prawie do Komorza, gdzie z powodu ograniczeń czasowych musiałem się z nim rozstać i zacząć wracać do domu.
Jeszcze tu wrócę.
    Lało tu po południu, wieczorem z przerwą w nocy, rano i w drodze powrotnej do Szczecinka, którą jechałem przez trzy godziny. Gospodarz, u którego nocowałem w sadzie, zlitował się nade mną i chciał mnie rano podwieźć busem 40 kilometrów, ale nie mogłem przyjąć tak niehonorowej ucieczki. Mam nadzieję,
że zrozumiał.

    Muszę na zakończenie wspomnieć jeszcze o ciekawym spotkaniu na trasie. Drugiego dnia jazdy, w Szczecinku na pięknej ścieżce rowerowej biegnącej bulwarem nad Jeziorem Trzesiecko, spotkałem rowerową rodzinkę 2+2 wędrującą gdzieś z olbrzymimi sakwami. Nawet starszy synek wiózł na swoim rowerku niewielkie sakwy. Młodszy jechał na malutkim rowerku na sztywnym holu za tatusiem. Byłem pod wrażeniem. Po kurtuazyjnej krótkiej wymianie zdań pojechaliśmy w swoje strony. Jak wielkie było moje zdziwienie i jaka ta Polska mała, gdy po kilku dniach spotkaliśmy się ponownie w Czaplinku jak starzy znajomi. Trzeba było to uczcić. Poszliśmy więc na pizzę. Opowieściom o przejechanych trasach i wymianie doświadczeń nie było końca. Rodzinka w swojej dwutygodniowej wędrówce wybierała się nawet nad morze. Dzielni mali rowerzyści i odważni rodzice! Rośnie nowe pokolenie, ciągle jest dla kogo wytyczać nowe trasy.

Moja przebyta trasa Naszyjnika Północy, bez odcinków dojazdowych jest tutaj lub poniżej, na innym portalu.



Greenway Naszyjnik Północy





Comments