Filozofia życia w siodle

...czyli w poszukiwaniu Arkadii  

Dwie doby w bezruchu w deszczu pod Kaliningradem


         Noclegi  

    Przykręciłem dziś w domu kilka śrubek, więc w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, stałem się jakiś refleksyjny. Postanowiłem zebrać kilka wspomnień z różnorodnych wyjazdów. Z natury nie jestem taki otwarty i w opisach wypraw nie odsłaniam takich szczegółów. Dlaczego właśnie te? O te najczęściej pytają znajomi, ciekawi sposobów organizowania wyjazdów i spędzania noclegów. Często też ciekawi są rowerzyści (i rowerzystki), z którymi jeżdżę na co dzień, a którzy nie ośmielają się wybrać w taką trasę. "Uprawiamy" takie tradycyjne, regularne wyjazdy co niedzielę, czy to deszcz, czy słoneczna spiekota. Przez cały rok, zimą również, jak na przykład  Rajd przez zaspy "Doliny Słupi". Odległości są takie do 60 - 80 kilometrów, zimą nieco mniej i nie wszyscy decydują się wtedy wyruszać z domu. Na tyle, by wystarczyło czasu na pogaduszki, wymianę informacji i snucie rowerowych planów na przyszłość. Opowiadam więc i opowiadam, a im oczy powiększają się ze zdumienia. Jak to? Noclegi na dziko? W ten sposób? W takich warunkach?! Jednak ja ciągle żyję, więc można i tak. Oczywiście bywa i tak, że wczesną wiosną lub późną jesienią wyjeżdżam gdzieś z kolegami w Polskę, na z góry upatrzoną agroturystykę i stamtąd jeździmy przez kilka dni po okolicy, na przykład Rajd rowerowy po Ziemi Lubuskiej (film jest tutaj). Wybraliśmy się któregoś roku na majówkę na Mazowsze i do stolicy, na szczęście na wcześniej zarezerwowaną kwaterę. Zdecydowaliśmy się na dach nad głową, bo prognozy nie były pomyślne. Dojechaliśmy do celu w deszczu i zmarznięci, porozwieszaliśmy ociekającą odzież, włączyliśmy telewizor (a co!), a tu orędzie Prezydenta. A za oknami Belwederu widać padający śnieg. Toż to przecież kilkanaście kilometrów od nas! Odsłoniliśmy okna, a u nas to samo i w dodatku biało na trawnikach, drzewach, na tarasie. Raczej dobrze, że nie zdecydowaliśmy się wtedy na namioty. Ale rano, po śniegu, w niewyschniętych do końca ciuchach, ruszyliśmy dalej.

    Czasem zdarzają się noclegi pod namiotem nie tylko na dziko. Miło wspominam nocleg na rajdzie Litwa, Łotwa , Estonia w Tallinie na kempingu w marinie, gdzie w zasadzie zostawialiśmy ekwipunek i gnaliśmy na zwiedzanie miasta rozkoszując się widokami w dzień i w nocy. No właśnie, czy w nocy? Specjalnie wybraliśmy się tam, gdy noce były najkrótsze w roku - słynne białe noce - gdy słońce chowało się za horyzont tylko na krótko. Jeździliśmy w różowej poświacie nieba bez konieczności włączania światełek w rowerach. A noclegi? Czy to w ogóle można nazwać noc-legiem, gdy nie było nocy, a nawet w namiocie niepotrzebne było światło? Tak było też na łotewskich szlakach.

    Zdarzają mi się również wyjazdy samochodem z namiotem, na przykład W krainie wysp - Wolin, Uznam i Rugia lub też z noclegami pod dachem w czterech, a nawet pięciu gwiazdkach, gdzie ręczniki zmieniane są codziennie, a personel pyta, jak się spało. W zasięgu ręki basen, jakuzzi, salon masażu i kilka sal z możliwościami spędzania wieczorów. Nie wspominając już o kuchni. I mój piesek zawsze przy mnie. Na rower nie da się go wziąć, choć znam wędrowca, który nie rozstawał się z pupilem na rowerze. Ostatnio były nawet sprytne pojazdy o nazwie seegway. Spodobały mi się. Tylko na sakwy brak im miejsca.

    Daleko mi do tzw. „rajdów rowerowych” autokarami, gdzie rowery i bagaże jadą na przyczepie, a delikwenci od czasu do czasu wsiadają na siodełka, a najlepiej wtedy, gdy jest z górki. I autokar musi być klimatyzowany, oczywista oczywistość. Widuję takich zapalonych rowerzystów, którzy dumnie snują w kawiarniach swoje opowieści. Na trasach, głównie za granicami kraju, są to przeważnie starsi Niemcy, którym się nie dziwię ze względu na ich wiek. Można im nawet zazdrościć, że pomimo wieku, jeszcze mają taki zapał. Kolegom natomiast odmawiam udziału w takich „rajdach rowerowych”.

Może kiedyś? Gdy będę Niemcem w podeszłym wieku.

    Ale do rzeczy, czyli na trasy, gdzie nigdy nie wiem, co mnie jutro spotka. To jest jak pudełko czekoladek -  mawiał Forrest Gump - nigdy  nie wiesz, co ci się trafi. To wciąga. Gdzie jest ta Arkadia?


Litwo, ty jesteś jak zdrowie?


Niechęć do jeżdżenia tymi samymi drogami odzwierciedla mapa Zdobywców Gmin, na której znajduję się na 30. miejscu na prawie 1500 zalogowanych rowerzystów. Stwierdziłem to niespodziewanie któregoś dnia, gdy postanowiłem zaznaczyć swoje miejsca na ziemi. Portal umożliwia zaznaczanie gmin, w których było się co najmniej raz. Powtórny pobyt nie zmienia lokaty. Jednak nie jest moim celem zaliczanie kolejnych gmin, chociaż jeżdżąc po kraju, jest to ciekawe. Lubię nowe odkrycia, nowe klimaty, nowe twarze na trasach. Jeżdżąc samotnie, wcale nie jestem sam. Często dochodzi do rozmów z przygodnie poznanymi ludźmi i nie zawsze są to to rozmowy zdawkowe. Samotny rowerzysta wzbudza zainteresowanie. Wielu rozmówcom podoba się takie aktywne spędzanie wolnego czasu, ale o dziwo, sądzą, że ich na to nie stać. Im dalej jest się od domu, tym bardziej się dziwią. Nocuję głównie w przygodnych gospodarstwach, mających duże sady, albo też chociażby kawałek ogródka. Po przełamaniu nieufności staję się często kimś z dalekiej rodziny, który dawno się nie pokazywał. Jest to też pewne utrudnienie, bo rozmowy pochłaniają nieco czasu, który trzeba byłoby przeznaczyć na rozbicie namiotu i pozostałe czynności gospodarcze. Nie muszę jednak rozpalać kuchenki, bo wrzątek zawsze otrzymuję, a czasem nawet drobny poczęstunek. Ostatnio w wędrówce Czarnym szlakiem Doliną Dolnej Wisły pani sołtysowa proponowała mi nawet kołdrę do namiotu, bo noc wydawała się jej bardzo zimna. Miłe gesty pozostają długo w pamięci.


W drodze do Estonii

Nasuwa się zapewne pytanie, czy zawsze ludzie są tacy przyjaźni i gościnni? Mnie sprzyja szczęście. Jak ktoś ma pecha, to nawet w drewnianym kościele, spadnie mu na głowę cegłówka. I to w czasie kazania! Raz mnie to jednak spotkało. W rejonie Bornego Sulinowa odmawiano mi noclegu, musiałem więc przenocować na dziko. Nie przepadam za kempingami, tam zresztą o tej porze roku już nic nie było.

Na dziko nocujemy zawsze, gdy jeździmy grupowo, nawet wtedy gdy grupy nie są liczne, bo na przykład – dwuosobowe. Zwykle bywa nas trzech, czterech. W ostatnich latach najdłuższe trasy pokonujemy w trójkę. Tak na przykład dojechaliśmy do Paryża, Estonii, Holandii czy Szwajcarii. Za granicą miewamy biało - czerwone flagi. Wtedy zawsze nas ktoś zagaduje. Wręcz oblegani byliśmy w Wilnie, gdy tylko rozkładaliśmy mapy. Uczynni ludzie wyrastali nagle jak spod ziemi i nie byli to tylko rdzenni Polacy mieszkający tam od zawsze. Polscy kierowcy TIR-ów pozdrawiają klaksonami. Zdarzyło się, że jakiś Polak w samochodzie osobowym zatrzymał się gdzieś na Łotwie, proponując pomoc, gdy staliśmy na poboczu. W Tallinie podszedł młody Polak, wiceprezes Polonii estońskiej, z którym ucięliśmy sobie pogawędkę. Zapewniał nam w stolicy noclegi na następny pobyt.


Paryż jest piękny o brzasku

Nie ma lepszych noclegów, gdy wkoło szumią drzewa i słychać tylko krople deszczu na namiocie. Jeśli są takie możliwości, staramy się rozbijać namioty tak, by rano spoglądać na wschodzące słońce. Wtedy zanim zdążymy się pokrzątać, mamy już suche namioty. A nocne odgłosy lasów lub łąk są najprzyjemniejszą muzyką dla uszu. Jakieś chroboty za płótnem, trzaskanie gałęzi, dalekie strzały myśliwych... Zawsze czekam na poszczekiwanie jelonków. Są płochliwe, więc wszystko je niepokoi i ostrzegają się chrapliwe. Noc bez jelonków, to noc stracona! Kiedyś rozbiliśmy się na ich ścieżce, to do rana nie mogły w to uwierzyć. Krąży też wśród nas opowieść kolegi, który podobno rano widział lisa, uciekającego z jego konserwą, pozostawioną wieczorem na pieńku.

W tych warunkach jesteśmy też spokojni o swój sprzęt. Nikt nam nie podprowadzi rowerów, nie uszkodzi bagażu. Wiele drobiazgów pozostaje na polanie. Nikt, jak zdarza się na kempingu, w środku nocy nie wróci rozwrzeszczany z dyskoteki lub podchmielony nie przejedzie motocyklem po namiocie. Chrapiący wyprowadzają się z namiotem nieco dalej.

Nocując pod namiotami, nigdzie nie trzeba zdążyć. Nawet, gdy sypia się we wcześniej zarezerwowanych domkach, czy w agroturystyce, to jest jakieś zobowiązanie czasowe. Konieczność dojazdu wyznacza wtedy ramy dnia. Nie można pozostać dłużej w ciekawym miejscu, przeczekać deszczu, czy wręcz odwrotnie – nie można pojechać dalej, gdy wszystko świetnie idzie. Cenię sobie swobodę.

Przy rozbijaniu takich biwaków obowiązuje zasada: gdy nie widzisz nikogo, więc i ciebie nie zobaczą. Wykluczone są zatem wszystkie namioty w jaskrawych barwach, ale takie też się zdarzają i nic to. Spaliśmy kiedyś w górach Saksonii, na skraju dużej polany, nad opadający zboczem, skąd rozciągał się przepiękny widok. Rano w oddali parowały lasy po deszczu. Aż tu raptem okazało się, że nocowaliśmy pod leśną kamerą. Tym razem naprawdę ktoś nad nami czuwał. Sprawdziliśmy polanę i okazało się, że po przeciwnej stronie była lizawka dla zwierząt. Widocznie obserwowano je na co dzień w ten sposób. Nigdy oczywiście nie zostawiamy śladów po sobie, po kilku godzinach wstaje wydeptana trawa i życie w leśnej głuszy toczy się po staremu. Nie zawsze są to tylko takie miejsca. Kiedyś o zmierzchu rozbiliśmy się pod Strzegomiem - gdzie w Biedronce przeczekaliśmy ulewę - na płaskim wzniesieniu, skąd widok mieliśmy na wiele kilometrów. Pięknie zachodziło słońce nad podwrocławską Ślężą odległą o 30 kilometrów, a w dolinach snuły się mgły po deszczu. Nikt z tubylców nie chciał złożyć nam wizyty.


Diametralnie sytuacja zmienia się w górach, gdzie wszędzie jest krzywo. O płaski kawałek tej mojej podłogi jest najtrudniej oczywiście w Alpach. Prawie każdy płaski fragment jest zabudowany. Dlatego ostatnio, na przykład w Szwajcarii, od razy założyliśmy konieczność rozbijania namiotów przy gospodarstwach, za zgodą mieszkańców. Nigdy nie było problemu. Zawsze natomiast była sytuacja opisywana powyżej. Kawa, herbata, a może chociaż wrzątek? Może mleko prosto krowy – Milki? Ale ciasta własnego wypieku, już nie odmawiałem. Zdarzało się, że właściciele oprowadzali nas po gospodarstwie. Dumni byli ze swojego przychówku. Oczkiem w głowie był na przykład dwuletni byk Victus wielki jak góra ważący, bagatela, 1300 kg.


 Szwajcaria, nocleg w Alpach na przełęczy 900 m npm.

Raz nawet zaproponowano nam pracę. Innym razem okazało się, że nawet nie zdążyliśmy dokładnie wyłuszczyć naszych oczekiwań, gdy gospodarz – ogrodnik, którego zdybaliśmy głęboko w szklarniach, odpowiedział prawie czystą polszczyzną: „możecie”. Popatrzyliśmy na siebie zdumieni, bo staraliśmy się mu wytłumaczyć po niemiecku nasze oczekiwania. Okazało się, że od wielu lat zatrudnia kilku Polaków i jest z nich bardzo zadowolony. Przyzwyczailiśmy się też do tego, gdy czasem pytając już o konkretne miejsce pod namioty, zataczali ręką szerokie koło i mówili, że możemy się rozbić gdzie chcemy, aż po horyzont, bo to wszystko jest ich. Tak było też na przełęczy na wysokości 900 m npm. Stąd mam najładniejsze zdjęcia zachodzącego słońca, oświetlającego przeciwlegle ośnieżone szczyty. Taki spektakl nie trwał długo, ale stałem z aparatem w rękach i chciałem, że by trwał i trwał... Koledzy zdążyli w międzyczasie rozbić namioty i zabrać się za kolację.

Bywa też, że szuka się noclegu w deszczu, czasem nawet po ciemku trzeba umieć rozbić namiot. Zdarzyło się raz na trzytygodniowym rajdzie  Litwa, Łotwa , Estonia (i z powrotem oczywiście też, przejechaliśmy wtedy 2 000 km), że na Litwie pod Kłajpedą utknęliśmy pod namiotami nad rzeką na dwie doby. Lało tak, że trudno było wyściubić nos, a żywność się kończyła. Nawet tylko jeden wędkarz tu zaglądnął ze współczuciem.

Umiejętność rozbijania się w miejscach, które nie zostaną zalane przez niespodziewaną ulewę, trzeba mieć we krwi. Pamiętam bardzo liczny wyjazd na Bornholm, gdy kilka namiotów stanęło w podmokłym miejscu i koledzy zmuszeni byli potem je przenosić. Miejsce na polu namiotowym było najładniejsze, tylko ta pechowa woda, którą jakoś przeoczono.

Z dużą dozą wnikliwości wybieraliśmy właściwe miejsca podczas wędrówki Szlakiem Mennonitów przez Żuławy. Zero lasów, sieć kanałów odwadniających, stacje pomp i tylko szeregi rosochatych pochyłych wierzb rosnących wzdłuż kanałów. Komary nie utkwiły mi w pamięci w przeciwieństwie do Estonii. Tam z kolei na północnym wybrzeżu w Parku Narodowym Laahemaa zdarzały się specjalne miejsca z wiatami i przygotowanymi grillami, ale te komary wielkości chrabąszczy! Nocą potrafiłyby chyba wyciągnąć człowieka z namiotu. Nie było ich tylko na linii wody, nawet między głazami, które pokrywają całe tamtejsze wybrzeże. Udawało się w takich warunkach zrobić niekiedy tylko kilka zdjęć i w nogi. Ale mokradłom i bagnom w parku Laahemaa daleko do Żuław, czy odwrotnie. Ale znów wróciłbym w tamte strony.



 

      Podróże__________________________________________________________________
                           
Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach (Woody Allen)



Estonia. W drodze na wyspę Saaremaa

    Mieszkam od lat Słupsku, gdzie kursuje SKM-ka, czyli Szybka Kolej Miejska. Niestety jeździ tylko na wschód - do Trójmiasta, niekiedy do Tczewa. Jest to jednocześnie kierunek wylotowy na Kaszuby. Kursuje wystarczająco często, nie jest droga, a rowery przewozi gratis. Nie brakuje miejsca w przedziałach bagażowych. Można z niej korzystać, gdy pobliskie trasy już się przejadły. Fatalnie jest natomiast w tych kanciapach późniejszą porą w drodze powrotnej. Jest to ulubione miejsce różnych typów wracających po pracy z Trójmiasta do wiosek, położonych przy trasie SKM-ki. Dopóki pociąg jedzie przez Trójmiasto, a niekiedy aż do Wejherowa, jest w miarę spokojnie. Owi podróżni świetnie znają kontrolerów, którzy na początkowym odcinku czasami zaglądają do tych przedziałów. Poza Trójmiastem, gdzie kontrole nie wiadomo dlaczego, już nie sięgają, zaczyna się klubowe życie. Piwo, papierosy i pełen luz. Robi się siwo od dymu, flaszki i puszki przewracają się po podłodze na zwrotnicach i tylko co żywsi zdołają podnosić plecaki, by nie zamokły. Zapytany konduktor, który tu nigdy wtedy nie zagląda, odpowiedział mi raz: ”A co? A gdzie mają pić?” Innym razem, gdy wsiedliśmy wieczorem z rowerami już gdzieś po drodze, tych podróżnych już nie było, a przedział był nieoświetlony. Nie udało nam się włączyć światła, natomiast konduktor od razu dokręcił świetlówki. Świetnie wiedział kto, kiedy i po co stwarza sobie taki nastrój. Po co jednak ma pchać palec między drzwi?

Jest tylko olbrzymi kłopot z załadowaniem w pojedynkę rowerów, obładowanych sakwami, ponieważ perony w tych stronach pozostaną jeszcze długo zbyt niskie. Na szczęście te składy mają szerokie wejścia. Gorzej wpakować się do typowych wagonów z wysokimi, wąskimi drzwiami, które często pośrodku mają jeszcze pionowa rurę! Ostatnio trzeba w nich jeszcze bilet na rower rezerwować i kupować z wyprzedzeniem. Wprowadzono limit 5 rowerów na pociąg. Paranoja. I brak jeszcze odpowiedniego przedziału. Skończyła się swoboda podróżowania z rowerami, bo jeśli nie zaplanujesz, to nie pojedziesz. A jak wędrować spontanicznie po kraju? Czasem można się załapać, ale co zrobić, gdy w pociągu już jadą rowerzyści? Ile kolejnych pociągów nie zabierze?

Takim przypadkiem  jest mój niespodziewany i wymuszony sytuacją, powrót pociągiem z Bydgoszczy do Gdańska. Wracałem z kilkudniowej wrześniowej trasy i ostatnie 50 kilometrów jechałem w narastającym deszczu. Do Bydgoszczy dojechałem w ulewie i po zmroku. W kolejce do kasy utworzyła się pode mną kałuża. Na najbliższy pociąg za 3 minuty, wymagana była rezerwacja biletu na rower, następny taki sam był znacznie później. Biletu mi nie sprzedano, bo już tym pociągiem miało podobno jechać pięciu rowerzystów. Cóż więc miałem robić? Nakapałem widać za bardzo na okienko kasowe, bo kasjerka w odruchu litości poradziła mi pójść na peron, bo a nuż konduktor mnie zabierze. Rzuciłem się do tunelu, pociąg znacznie się spóźnił, a konduktor, któremu zgłosiłem, że nie mam biletu, pozwolił wsiąść. W pociągu nie było ani jednego roweru! Z czasem przyszedł i znowu zapytał dokąd chcę jechać? Potem przyszedł drugi i znowu nic! W ten sposób po wcześniejszych kłopotach dojechałem szczęśliwie do Gdańska bez biletu. Już nic nie rozumiem. Ale nauczyłem się, że nie można rezygnować aż do końca.



Pociągami najlepiej podróżuje się po Niemczech. Jeżdżąc w kilka osób najlepiej korzystać z możliwości podróżowania weekendowego na Schönes-Wochenende-Ticket. Na ten bilet jeździ się do 5 osób po kraju, prawie przez cały weekend. Mimo trasy rozplanowanej na kilka przesiadek, nie odczuwa się uciążliwości podróży. Pociągi są świetnie skomunikowane, zmiana peronów nie stanowi problemu, ponieważ korzysta się z wind. Obładowane rowery wprowadza się do wagonów jednoosobowo i bezstresowo, gdyż perony i podesty w wagonach są na jednym poziomie. Wiem, wiem, u nas w kraju tego zrobić się nie da! W każdym pociągu jest wiele przedziałów na rowery. Niekiedy jednak bywa ciasno, bo rowerzystów przybywa, ale jakoś wzajemnie przyjaźnie się upychamy. Z miejscami siedzącymi problemów nie ma. Rozwikłaliśmy już też, po wielokrotnych przejazdach przez Berlin, system naprzemianległej komunikacji windami na olbrzymim dworcu głównym. W niektórych pociągach można nawet podładować baterie i telefony komórkowe, z czego skrzętnie korzystałem. Takie warunki zachęcają do wyjazdu do Niemiec lub przejazdu przez nie dalej na zachód, co też praktykujemy. Raz tylko zawiedliśmy się na niemieckich kolejach DB, ponieważ na jednym dworcu, chyba Braunschweig, nie zmieściliśmy się do pociągu. Nie tylko my zresztą. Przed przyjazdem na peronie rowerzystów przybywało, pociąg był obładowany, no i stało się. Zostaliśmy my i kilku innych. Na tym dworcu krzyżują się linie różnych relacji i stąd chyba to newralgiczne miejsce. Jeździliśmy tędy też wcześniej, ale problemów nie było. Trzeba być czujniejszym na przyszłość i mieć przygotowany plan B. Teraz też mieliśmy w postaci wydruku następnych połączeń, ale zawsze to opóźnienie w planach i ostra rysa na DB.

        Raz zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni na Litwie, gdy część trasy musieliśmy przejechać pociągiem, ponieważ pozwoliliśmy sobie na dłuższy relaks przy pięknej pogodzie nad jeziorem w Szawlach (lit. Šiauliai ), a droga, która nas czekała była dziurawa i bardzo ruchliwa jednocześnie. Był to pociąg z wyższej półki, jadący znad morza, z Kłajpedy do Wilna. Kasjerka nie bardzo wiedziała, jak sprzedać bilety na rowery. Pociąg podjechał jak należy o czasie, więc zamierzamy z trudem - jak to i w naszych pociągach bywa – wcisnąć sprzęt do wagonu, ponad metr wyżej od peronu. Taka normalka. Aż tu nagle pojawił się w drzwiach konduktor (każdy wagon miał swojego wystrojonego konduktora) i po litewsku usiłuje wytłumaczyć nam, że to jego obowiązek! Litewski jest niezrozumiały, ale jakoś to nas dotarło. Pełni zdumienia zawahaliśmy się, bo załadować rower z sakwami w pojedynkę jest to niemożliwe. Ale służbista w białej koszuli próbował, a ja drżałem, by mi go nie uszkodził! W końcu się poddał, a my w przetrenowany wielokrotnie sposób, sami sobie z tym poradziliśmy. Mam nadzieję, że go nie wywali z roboty za niedopełnienie obowiązków, bo konduktorzy z innych wagonów przyglądali się całemu zajściu. Ale przecież nie mogli opuścić swoich podróżnych. Potem to już bajka, barki w wagonach, serwowanie napojów... Tak dojechaliśmy w pobliże Kowna, dawnej stolicy Litwy. Kowno w okresie dwudziestolecia międzywojennego było stolicą, ponieważ Wilno należało wtedy do Polski.

Muszę tu dodać, że pociągi w tamtych stronach (Litwa, Łotwa, Estonia) jeżdżą rzadko, niekiedy tylko trzy razy w tygodniu. Im dalej na północ, tym gorzej. Trzeba to koniecznie uwzględnić przy planowaniu rowerowej trasy, gdy czasem chce się skorzystać z ułatwień. Jechaliśmy w Estonii klekoczącym, wlokącym się pociągiem, w którym nie było przedziałów tylko jedno wielkie pomieszczenie z twardymi ławkami z drewnianych listewek. Taki lokalny koloryt.

Zdarza mi się również podróżować wodą. Jest to przeważnie jedyny sposób dotarcia tam, gdzie inaczej się nie da, nie wliczając samolotów. Najgorsze warunki są na liniach na Bornholm, obsługiwanych przez katamaran Lady Assa Żeglugi Gdańskiej. Jantarem nie płynąłem. Tłok przeogromny, brak miejsc siedzących, a sakwy rowerowe i inne bagaże rzucane są na stertę przy przejściu, jak przysłowiowe kartofle. Jedynie rowery personel umieszcza sprawnie na otwartym pokładzie na rufie. Rejs trwa około czterech godzin. Dawniej tą linie obsługiwały wodoloty płynące dwie godziny, ale były to znacznie mniejsze radzieckie jednostki, dostarczające niezapomnianych wrażeń błędnikowi. Projektowanie były do żeglugi po Wołdze, stąd też długo na Bałtyku na szczęście się nie utrzymały. Były jednocześnie awaryjne. Zdarzały się opisywane nieszczelności wału napędowego. Kiedyś podczas sztormu podobno fala wepchnęła okno do wnętrza pełnego pasażerów. Niektóre z awarii zatajano przed Izbą Morską. Płynąłem takim wynalazkiem do Nexø i z powrotem z rowerem. Na drogę powrotną zapowiadany był sztorm, stąd też odejście wodolotu przyspieszono o dwie godziny. Sztorm rozwinął się na tyle, że kapitan płynął burtą do fali i pod polskim brzegiem znalazł się daleko na zachód od Kołobrzegu, zamiast w Ustce! Jednostka podskakiwała i kołysała się dostarczając zatrwożonym podróżnym wrażeń, jakie jawiły się im w najgorszych snach. Fale od nawietrznej rozbryzgiwały się po szybach. Nieźle wyszło mi to na filmie. Do toalet nie można było już się dostać. Do Ustki wracaliśmy wzdłuż brzegu pod jego osłoną, mając go w zasięgu wzroku. Tak było bezpieczniej. Do portu dotarliśmy z dwugodzinnym opóźnieniem. Ale jest co wspominać!


Promy pasażerskie w Sztokholmie, widok z tramwaju wodnego

        Innym rejsem, ale już z innej półki, był rodzinny rejs z przyjaciółmi linią Stena Line z Gdyni do Karlskrony w południowej Szwecji, kameralnego miasta będącego na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. Stąd potem wybrałem się samochodem na północ, przez słynną wyspę Olandię do Sztokholmu. Samochód w ładowni, nocleg w kabinie, za szybą połyskujące morze – można i tak. Rano świeżutki, ogolony...


                                                                               Most nad cieśniną Sund o brzasku

       Miło wspominam inny rejs, też dużym promem, ze Świnoujścia do Kopenhagi, do której wchodziliśmy o świcie. Zostałem zbudzony rano i zaproszony na mostek kapitański. Pomieszczenie przestronne, wielkości dużego salonu, z wieloma monitorami i oczywiście z rozległym widokiem ze znacznej wysokości. Mijaliśmy właśnie most nad cieśniną Sund łączący duńską Kopenhagę z Malmö, stolicę Danii. To połączenie składa się z mostu o długości 7845 m, sztucznej wyspy o długości 4055 m i tunelu o długości 3510 m. Szlakiem tym przebiegają dwie dwupasmowe jezdnie i dwa tory kolejowe. Most nad Sundem jest najdłuższym mostem na świecie łączącym dwa państwa. Otwarto go 1 lipca 2000 roku. Miałem też przyjemność dwukrotnie prowadzić samochód tą trasą.


Mostek kapitański, w głębi wejście do Kopenhagi

Ale wracając na mostek: na podejściu do Kopenhagi w morzu znajduje się wiele elektrowni wiatrowych, z których największe wrażenie robi jeden największy ich szereg, widoczny również w GoogleMaps. Tu pojawił się najpierw na ekranach radarów. Pięknie też widać było majestatycznie schodzące do lądowania samoloty na lotnisku w Kopenhadze, niknące w zabudowaniach potężnej aglomeracji.

Plaża w pobliżu Skagen na cyplu Jutlandii

Stąd udałem się samochodem do duńskiego miasta Skagen, leżącego na najbardziej wysuniętym na północ cyplu Jutlandii. Są tu bardzo szerokie piaszczyste plaże, po których można jeździć samochodami, a przy wjeździe na nie stoją znaki drogowe. Tu mieszają się wody cieśnin Skagerrak (kolor szary) i Kattegat (kolor zielony), oddzielające Morze Północne od Morza Bałtyckiego. Jest to cieśnina między Danią a Szwecją i Norwegią. Tutaj na samym krańcu Danii, w miasteczku Grenen istnieje nowe muzeum: Skagen Odde Natur Center, które zwiedziłem. Zaprojektował je duński architekt o światowej sławie Jorn Utzon, zainspirowany fascynującą naturą tego niezwykłego miejsca. Tematem wystawy jest właśnie natura: woda, piasek, wiatr i światło.

Podobne muzea - centra multimedialne zwiedzałem na Bornholmie NaturBornholm w Aakirkeby oraz na Rugii na słynnym klifie kredowym „Königsstuhl“, w najmniejszym niemieckim parku narodowym Jasmund.



    
Comments