07. Białoruś. Kanał Augustowski i Grodzieńszczyzna.


Ruszyłem na Białoruś, do Obwodu Grodzieńskiego, który można zwiedzać bez zaproszenia, a jedynie na przepustkę możliwą do otrzymania po wykupieniu odpowiednich świadczeń. Potrzebny jest paszport, ubezpieczenie na Białorusi i pieniądze na pobyt (których nikt nie sprawdzał).

Album ze zdjęciami znajduje się tutaj


    Ostatnią noc przed wyjazdem z Polski spędziłem w Sokółce w gospodarstwie agroturystycznym „Zielona Dolina” u pp. Wiśniewskich, gdzie nocowałem w drewnianym przedwojennym dworku. Polecam to miejsce i przemiłych właścicieli wszystkim, będącym w potrzebie. Granicę przekroczyłem rowerem, przejściem Kuźnica - Bruzgi, omijając zgodnie z zasadami długą kolejkę samochodów. Przestawiłem zegarek do przodu o jedną godzinę, wziąłem głęboki oddech i zanurzyłem się w obcym kraju. Naczytałem się o nim wielu sprzecznych opinii i do żadnej z nich nie było mi bliżej. Ponieważ jechałem sam, więc i zaciekawienie było większe. Szybko jednak okazało się, że prawdziwe były tylko te pozytywne wersje i zacząłem czuć się jak ryba w wodzie. Szeroka, znakomita droga asfaltowa i współczesne rozwiązania skrzyżowań, doprowadziły mnie do Grodna.

Pobyt na Białorusi miał dwa oblicza: zwiedziłem Grodno oraz wybrałem się na północ nad Kanał Augustowski, wzdłuż którego dojechałem aż do miejsca, w którym łączy się z Niemnem. Położone blisko polskiej granicy Grodno jest uważane za najbardziej otwarte na turystów białoruskie miasto. Teraz dołącza do niego Brześć. Każdy wjeżdżający do miasta tym przejściem granicznym, przejeżdża przez Niemen Starym Mostem i trafia na rondo z czołgiem na cokole, z lufą skierowaną na zachód, upamiętniającym czerwonoarmistów frontu białoruskiego, którzy zginęli w walkach z niemieckimi faszystami. Za nim rozciąga się olbrzymi Plac Sowiecki (dawniej Plac Batorego). Trzeba też pamiętać, że podobne czołgi wtargnęły do Grodna 20 września 1939 roku, tj. trzy dni po napaści ZSRR na Polskę. Grodno było jedynym polskim miastem na Kresach, które stawiło najeźdźcy twardy i zdecydowany opór. Sowieci planowali zająć je z marszu. Nie dość, że im się to nie udało, to jeszcze ponieśli w walce z Polakami znaczne straty. Kilka razy zaobserwowano, jak załogi czołgów przywiązywały do pancerza dzieci w charakterze „żywych tarcz”. Grodno padło 22 września. Obrońców mordowano i rozstrzeliwano na miejscu (źródło: ciekawostki historyczne.pl).

Obecnie Grodno liczy 370 tysięcy mieszkańców i jest dużym ośrodkiem przemysłowym. Jest tu port lotniczy,

węzeł kolejowy i drogowy, przystań rzeczna, uniwersytet. Mieści się tu siedziba Związku Polaków na Białorusi i polskiego konsulatu generalnego. Przy Placu Sowieckim znajdują się dwa szczególne zabytki sakralne. Pierwszy to bazylika katedralna św. Franciszka Ksawerego diecezji grodzieńskiej (pierwotnie kościół jezuitów) wzniesiona w XVII wieku w stylu barokowym. Sprawiła na mnie niezapomniane wrażenie. Drugi to barokowy kościół Znalezienia Krzyża Świętego i klasztor bernardynów z XVII wieku. W tym kościele Eliza Orzeszkowa wstąpiła w związek małżeński ze Stanisławem Nahorskim, będącym jej drugim mężem. Obecnie jest kościołem parafialnym przy seminarium. W tych polskich kościołach przy Placu Sowieckim trafiałem na modlitwy i msze odprawiane w języku polskim. Byli tam sami Polacy. W północnej pierzei Placu Sowieckiego stoi kamienica Murawiewa (Wieszatiela), niegdyś renesansowy pałac z XVI wieku (gubernatora, który wsławił się szykanowaniem ludności polskiej podczas powstania styczniowego i otrzymał przydomek “wieszatiel”).
Dalej przy ulicy Orzeszkowej (vulica Elizy Ažeška) znajduje się jeden z najpiękniejszych zabytków Grodna, Sobór Pokrowski (nazywany również Soborem Przenajświętszej Bogarodzicy lub Cerkwią Opieki Matki Boskiej), pochodzący z początków XX wieku. Przy tej ulicy też, a jakże, znajduje się dom Elizy Orzeszkowej znanej m. in. z powieści Nad Niemnem czy ze zbioru opowiadań Gloria Victis. Drewniany budynek, będący obecnie muzeum, jest kopią oryginalnego XIX wiecznego domu, rozebranego po II wojnie światowej. Nieopodal znajduje się pomnik zmarłej w Grodnie pisarki, która również tutaj jest pochowana. Wcześniej jej pomnik stał w miejscu dzisiejszego pomnika żołnierzy radzieckich. W trakcie II wojny światowej popiersie zostało zabrane przez polskich mieszkańców i zakopane obok grobu Polki. Po wojnie pomnik wrócił do centrum miasta, stanął jednak w innym miejscu.

W pobliżu znajduje się najważniejszy park miejski -  Park Żylibiera (Zhilibera), który powstał w miejscu ogrodu botanicznego, założonego w XVIII wieku przez Francuza Żylibiera. Ta oaza zieleni rozciąga się wzdłuż ulicy Elizy Orzeszkowej. Park kojarzony jest głównie z pomnikiem żołnierzy i partyzantów radzieckich. Ciekawszymi atrakcjami są też Mostek Miłości oraz Ławka Miłości od strony ulicy Dzierżyńskiego. Nieopodal znajduje się Uniwersytet Grodzieński. Ciekawym parkiem jest też Dolina Szwajcarska, przez którą przepływa mała rzeczka Grodniczanka.

W pobliżu, bo tam wszystko znajduje się w pobliżu, na dużym i majestatycznym Placu Tyzenhauza ulokowany jest pomnik Lenina, wiecznie żywego. Również w centrum jest wczesnobarokowy kościół Zwiastowania NMP i klasztor brygidek. Kościół jest klasycznym przykładem zachowanej w stanie pierwotnym architektury z połowy XVII wieku. Całość otacza mur obronny z około 1636 roku. W latach 1950 - 2001 władze białoruskie umieściły tu szpital psychiatryczny, a w kościele - szpitalny magazyn. Kościół został zwrócony wiernym w 1990 roku. W 1997 roku w podziemiach stworzono niewielkie muzeum.

W panoramie Grodna podziwianej przez Niemen z okolic Starego Mostu widać, że większość zabytków znajduje się niedaleko centrum.

Najbardziej rzucającym się w oczy i charakterystycznym ze względu na swoją nietypową konstrukcję, jest współczesny Teatr Dramatyczny. Ma przypominać zwężającą się ku górze koronę. Malownicza trasa na prawym brzegu Niemna prowadzi do zamków, Nowego i Starego oraz uroczej starej XII wiecznej Cerkwi Borysa i Gleba. W dole widoczny jest dworzec rzeczny na Niemnie. Stary Zamek pochodzi z końca XIV wieku i był zamkiem królewskim Stefana Batorego i miejscem sejmów I Rzeczypospolitej. Obecnie mieści się tu Państwowe Muzeum Historyczno - Archeologiczne. Na dziedzińcu zachowały się pozostałości murów i fundamentów średniowiecznej cerkwi. Nowy Zamek (Pałac Królewski) został wybudowany z przeznaczeniem na letnią rezydencję królów Polski i wielkich książąt litewskich. Został wzniesiony w połowie XVIII wieku za czasów panowania króla Augusta III. W tym budynku w 1793 roku odbył się ostatni sejm Polski szlacheckiej. Tu poprzez podpisanie traktatu rozbiorowego z Rosją i Prusami, dokonano II rozbioru Polski. Dalej na wysokim brzegu Niemna na Kołoży, znajduje się cerkiew Św. Borysa i Gleba (Kalożskaya). Została zbudowana w XII wieku na pogańskim uroczysku Kołożań. Wewnątrz w ścianach widnieją otwory akustyczne, takie średniowieczne głośniki. Cerkiew ma niejednorodną budowę, gdyż w XIX wieku doszło do osunięcia ziemi, podczas którego zawaliła się niemal połowa kamiennej świątyni. Drewniane ściany i dach są efektem odbudowy.
Przy Starym Zamku od strony miasta, zlokalizowany jest dziewiętnastowieczny budynek straży pożarnej z widoczną z daleka wieżą pożarniczą, na której znajduje się postać strażaka, obracanego wiatrem. W południe z wieży rozlega się sygnał, który koniecznie musiałem usłyszeć. Na budynku jest malowidło, przedstawiające strażaków w mundurach z różnych epok, w tym jedną kobietę, która wygląda jak Mona Lisa. Taki żart ze strony artysty. W pobliżu stoi Wielka Synagoga zwana Nową lub Chóralną.

Najwięcej restauracji można znaleźć chyba przy ulicy Sowieckiej. Koniecznie trzeba skusić się na miejscowe specjały. Polecane są draniki – ziemniaczane placki, z mięsem i grzybami. W ulicznych pawilonikach, do których ustawiają się kolejki, można kupić blincziki – naleśniki z rozmaitym nadzieniem, od słodkiego po pikantne.

    Kolejnego dnia ruszyłem na północ. Specjalnie wybrałem boczne trasy, by lepiej poznać okolice. Szybko okazało się, że znalazłem się na szerokiej żwirowej drodze, krzyżującej się niekiedy z podobnymi do niej. Oznakowanie jest tu takie, jak na normalnych asfaltowych drogach.

Czasem przejeżdżały samochody ciągnące za sobą warkocze kurzu, widoczne już zza horyzontu. Nierzadko więc musiałem zjeżdżać  na lewą stronę, by znaleźć się po nawietrznej. Przypominało to moje wyjazdy na Litwę, Łotwę i Estonię lub na Ukrainę. Lubię takie niecodzienne klimaty. Miałem wrażenie, że spopielała droga i siwe od kurzu trawy na poboczach, wiodą donikąd. Wspaniałe uczucie, gdy nie wiesz co jest za horyzontem. Przypomniała mi się tęskna piosenka Niemena „Bradiaga”. Stąd przecież Czesław Wydrzycki przybrał sobie swój pseudonim artystyczny.

Na polach gromadziły się przed odlotem stada żurawi. Słychać je też było w powietrzu. Pomału nadciągała jesień, chociaż pogodę miałem jeszcze upalną. Zaglądnąłem po drodze do wioski Spoćkinie, liczącej 1300 mieszkańców, w większości Polaków. Dawniej było to miasto. Jest tu polski kościół z polskimi napisami i ogłoszeniami, duży dom nowo wyremontowany ze środków Caritasu. Przez płoty i na ulicy mieszkańcy zagadywali mnie po polsku ze śpiewnym akcentem. Przed wojną był to powiat augustowski. Oprócz Polaków, mieszkało tu parę rodzin żydowskich i rosyjskich, które zostały po I wojnie światowej. Wszyscy żyli w zgodzie. 17 września 1939 roku do Sopoćkiń weszli Sowieci. Usunęli z plebanii proboszcza i tam urządzili sztab. Zimą zaczęły się wywózki na Syberię. Śladów polskości jest wiele, zarówno na prowincji, nawet na przydrożnych kapliczkach z polskimi inskrypcjami, jak i w Grodnie.

    

    Nad Kanałem Augustowskim panowały klimaty takie jak po naszej stronie. Cisza, zieleń, sprzątnięte pola i śluzy. Wszystkie zadbane i sprawne. Stąd niedaleko już miałem do przejścia granicznego z Litwą, przez które również mogłem opuścić Białoruś. Tutaj w Niemnowie spotkałem jedynych rowerzystów – sakwiarzy, pięcioro młodych ludzi z Polski, którzy wjechali na Białoruś przejściem w Rudawce, drugim z możliwych i najbliższym dla tych stron. Okolice są tu niezbyt licznie zamieszkałe. W drodze powrotnej na pewnym odcinku, postanowiłem sobie skrócić trasę. Wydawało się to możliwe, na podstawie mojej bardzo dokładnej mapy w Garminie. Zaufałem jej i tym razem. Asfaltowa droga ustąpiła miejsca żwirowej, później piaszczystej, a w końcu stała się wąską ścieżynką. Zwisały nad nią konary wierzb. Brnąłem dalej. Przypomniały mi się słowa psalmu, zmienione na mój użytek „choćbym jechał rowerem ciemną doliną, zła się nie ulęknę”.

Do Grodna wróciłem przed zmierzchem. Nadal poruszałem się lewobrzeżna stroną obwodu grodzieńskiego, ponieważ najbliższe mosty na Niemnie znajdowały się dopiero w Grodnie. Nazajutrz świętowano tu i w całej „obłasti”, rozpoczęcie roku szkolnego. Dowiedziałem się o tym pytając odświętnie ubranych ludzi zdążających na akademię i koncert do Teatru Dramatycznego. Jak za pomocą czarodziejskiej różdżki, znienacka, centrum miasta zostało przystrojone girlandami chorągiewek w barwach narodowych. W telewizji niezmiennie dominował Łukaszenka i Putin, nowoczesne kombajny na polach, osiągnięcia białoruskiej elektroniki i świetlana przyszłość młodzieży. Grodno opuszczałem w aromacie dymu z fajki, wyczuwalnego już z daleka, ponieważ droga wiodła przy dużej fabryce tytoniu.


Czym się różni pobyt na Białorusi od wędrówki po innych europejskich krajach? Koniecznością zarezerwowania lub wykupienia noclegów i uzyskania na tej podstawie przepustki oraz udokumentowania pobytu w tych miejscach przy opuszczaniu kraju. Samo Grodno okazało się miastem pełnym zieleni i pozbawionym reklam. Gdyby nie radzieckie czerwone gwiazdy, komunistyczne nazwy ulic czy pomnik Lenina, można by pomyśleć, że jesteśmy w naszej części Europy. Na ulicach panuje porządek i czystość, co podobno wynika między innymi z popularnych tutaj prac społecznych. Jest to skrupulatnie pilnowane przez władze. Picie alkoholu w miejscach publicznych jest zakazane tak jak u nas, ale tam jest przestrzegane bezwzględnie. Nigdzie nie natknąłem się na bezdomnych żuli i puszki po piwie.

    Po przekroczeniu granicy nocleg spędziłem we wspomnianej na wstępie, agroturystyce w Sokółce. Wspaniała atmosfera tego miejsca i wspólne tematy z właścicielem, który też jest rowerzystą i podróżował po Białorusi,  umożliwiła spędzenie resztek dnia na ganku pomimo ulewy i krążącej burzy. Zdążyłem pod dach wraz z pierwszymi kroplami deszczu. Wahałem się nawet, czy nie przeczekać tu następnego dnia i przechodzącego deszczowego frontu, lecz rano  pojechałem dalej. Przez całą noc krople bębniły po blaszanym okapie.

Skierowałem się na północ, do trójstyku granic Polska - Litwa - Białoruś, do jednego z najtrudniej dostępnych w Polsce. 

Przejeżdżałem w tych stronach kilkakrotnie, ale ciągle było mi nie po drodze. Jest on położony z dala od utwardzonych dróg, w trudno dostępnych lasach. Po rzęsistej ulewie ostatniej  nocy i kolejnych opadach w ciągu dnia, po zalanych kałużami leśnych drogach, w końcu do niego dotarłem. Przejechałem łącznie 25 km po tych bezkresnych bezdrożach na polskim pograniczu. Na miejscu dyżurował patrol Straży Granicznej, który poprowadził mnie na samo miejsce i nawet pogranicznicy porobili mi pamiątkowe zdjęcia. Wspomniałem, że często nocuję w lesie pod namiotem, więc rozmowa zeszła na tematy zagrożeń. Opowiadali o wilkach, które w tych stronach są często spotykane. Ostatnio stwierdzili nawet tropy niedźwiedzia, który przeszedł na naszą stronę z Białorusi. Udało nam się wspólnie zobaczyć parę dorodnych jeleni, które pomału oddaliły się za granicę. W ten sposób zaliczyłem kolejny z sześciu polskich trójstyków granic i tym samym mam ich większość. Zaliczyłem też kolejne gminy w cyklu „Zalicz gminę na rowerze” i zlikwidowałem istniejącą tutaj moją białą plamę na mapie zdobytych gmin.

Po przejściu deszczowego frontu, zrobiło się chłodno i mokro. Noc spędziłem w Puszczy Augustowskiej w namiocie, przy jakimś gościnnym gospodarstwie. Mijane łąki pachniały tatarakiem, skoszoną trawą i miętą. Po drodze pod wiejskim sklepikiem, jak zwykle wywiązała się rozmowa. Dowiedziałem się, że do Grodna jest stamtąd niedaleko i miasto widać z pobliskiego wzniesienia. Leży w odległości 15 km „jak ciął”. Że przed wojną było polskie i polskie były i Wilno, i Kowno, i Lwów. Okazało się, że poprzedniego dnia przechodził tędy wędrowiec, którego i ja widziałem. Miał dwa plecaki, na plecach i z przodu. W tym mniejszym niósł kota i przeszedł całą północ Polski z Kamienia Pomorskiego. Pytał ich pod sklepem, bo widocznie zawsze tam siedzą, jak ominąć Białystok. Otarliśmy się więc o siebie w swojej  wędrówce. Dokąd zmierzał?

I na koniec jeszcze jedna refleksja. Utkwił mi w pamięci cmentarz powstańców listopadowych z 1831 roku w Kopnej Górze, walczących z Imperium Rosyjskim i ich dramatyczna historia opisana tam na miejscu. W 2010 roku ekshumowano ich 46. Pobyt tutaj niespodziewanie zamknął mi, niby klamrą czasu, okres gdy nocowałem tu przed laty w Sokołdzie pod namiotem nad olbrzymią doliną, na której powstańcy dokonywali żywota otoczeni przez Moskali. Jechałem wtedy  szlakiem Green Velo. Był to rok 2015. 
Do dziś pobrzmiewa tu pieśń:
 "...Z głębi dziejów, z krain mrocznych,
Puszcz odwiecznych, pól i stepów,
Nasz rodowód, nasz początek ..." 

    Na zakończenie przejechałem odcinek Szlaku tatarskiego i zwiedziłem Białystok. Po standardowych perypetiach z kupnem biletu na pociąg, bo podróżowałem z rowerem, dojechałem do domu. Uczynnym okazał się konduktor, który stwierdził, że zabierze mnie z rowerem pomimo braku specjalnych miejsc w tym składzie, bo czemuż by nie? W wagonie 1 klasy, kursującym jako klasa 2, jechało nas zaledwie kilka osób.




Comments